Europarnik

Wpisy

  • środa, 29 grudnia 2010
    • Podróż za jeden grymas

      Polak to nie dzieło sztuki, PKP wierzy w jego niezniszczalność.

      Koń jaki jest, każdy widzi

      Krajowi muzealnicy podnieśli alarm. Ministerstwo chce wypożyczyć do Anglii "Damę z gronostajem" Leonarda. Obraz, na którym twórca z Vinci namalował utrzymankę swego mecenasa, ma zostać przewieziony do londyńskiego National Museum.

      Nie byle jak przewieziony. Ma podróżować w specjalnej komorze lub we wstrząsoodpornych ramach, które będą chronić go przed wibracjami, zmianami ciśnienia lub nieprzewidzianym wstrząsem. Mimo to specjaliści nazywają pomysł transportu "zupełnym szaleństwem". Wskazują na ryzyko zniszczenia.

      Tymczasem tzw. przeciętny Polak doskonale znosi podróżowanie PKP, także zimą, w trudnych warunkach pogodowych. Gdy pociąg ma opóźnienie, co powoli staje się normą, stoi na mrozie. Wytrzymały jest, da radę na mrozie 30 minut, a jak będzie trzeba, i 300 wytrzyma. Nie pęknie na wieść że „opóźnienie może ulec zmianie”. Przestępuje z nogi na nogę, stoi, czeka, a przecież nie wie kiedy, i czy w ogóle pociąg przyjedzie. Poczekalnia, wiadomo, zabita dechami lub w najlepszym razie zajęta przez bezdomnych.

      Jak już pociąg przyjedzie – szczęście niepojęte. Nic wtedy nie znaczą takie drobiazgi jak brudne zdezelowane przedziały, w których rzuca na każdej zwrotnicy. Poplamione siedzenia czy podłogi lepkie od cieczy nieznanego pochodzenia. Oblodzone od środka okna, od których ciągnie mróz, ani 50-stopniowe upały w drugim wagonie, gdzie można kręcić pokrętłem ogrzewania aż do jego urwania, a temperatura i tak się nie zmieni. Śmierdzące toalety, których nie da się zamknąć, gdzie nie ma wody, rolka papieru turla się w kałuży na podłodze. Tempo jazdy wydłużone w porównaniu z normami obowiązującymi w XIX wieku. Druga opłata za bilet, gdyż pociąg który przyjechał, należy do innej spółki.

      Kawałek starej, pomalowanej deski w takich warunkach podróżować nie może. Mógłby zostać upuszczony, połamany, zniszczony czy po prostu ukradziony. Polaka można jednak rzucać po przedziale, podniszczać na przemian mrozem i gorącem, łamać wielogodzinnym staniem i kasować przy tym za kilka biletów. A czego nie wyciągnie kasa dworcowa, mogą wyciągnąć czujni kieszonkowcy, przed którymi ostrzegają dworcowe komunikaty i komiksowe nalepki.

      Wprawdzie Konstytucja RP mówi wyraźnie, że "nikt nie może być poddany torturom ani okrutnemu, nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu", ale powołując się na ten zapis obywatel musiałby udowodnić PKP przed sądem, że jest "pozbawiony wolności". Dlaczego? Bo wedle Konstytucji człowiek "pozbawiony wolności powinien być traktowany w sposób humanitarny". O humanitarnym traktowaniu osób niepozbawionych wolności, a zwłaszcza podróżujących państwowymi kolejami, Konstytucja nie wspomina.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      europaprykarz
      Czas publikacji:
      środa, 29 grudnia 2010 11:34
  • sobota, 11 grudnia 2010
    • Bałwan vs. Jezus Świebodziński

      W Trzebnicy pojawiła się odpowiedź na Jezusa ze Świebodzina. Bałwan. Wielki, dostojny, niczym święty.

      Bałwan i Jezus

      Sprawa wygląda na rywalizację o prymat w województwie dolnośląskim, a może i w całej katolickiej Polsce, która jak wiemy jest ostatnim bastionem moralności w zepsutej Europie. Ktoś pozazdrościł Świebodzinowi i zaczęły się wyścigi o miano największego bałwana w regionie.

      Tymczasem Biblia mówi wyraźnie: „Nie będziesz miał bałwanów cudzych przede mną”, oraz dalej, o czym większość wiernych zapomina: „Azaliż nie po to wielki cementowy bałwan w kapuście wyrośnie, by go śnieżny kąsać miał podstępnie”.

      Teologowie spierają się od stuleci o ten zapis biblijny. Większość skłania się ku interpretacji, że należy odczytywać owe wersety wprost: jeden bałwan na okolicę w zupełności wystarcza, a większa ich ilość może zmniejszyć wpływy do kościelnej kasy.

      Tymczasem twórcy bałwana z Trzebnicy robią swoje. Powołują się na autorytet kościoła, a zwłaszcza papieża Leona X, który jako sławny ateista zwykł mawiać: „Ile korzyści przyniosła nam i naszym ludziom bajeczka o Chrystusie, wiadomo”.

      - Zarobił Rzym na Jezusie, zarobi Świebodzin na swoim, to i my chcemy zarobić na bałwanie. A spieszyć się muszą wszyscy, bo czasy na bałwany idą ciężkie, śnieg topnieje... - mówią zgodnie opiekunowie i mecenasi figury. - Nasz bałwan przynajmniej jest uśmiechnięty! - dodają.

      - No dobra, ale po co jest ten bałwan? - dopytujemy, powodowani teologiczną troską.

      - Otóż to, panie Europaprykarz. Nikt nie wie po co, i nikt nie zapyta! To jest bałwan na miarę naszych możliwości. Czy pan wie, co my robimy tym bałwanem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie - mówimy - to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      europaprykarz
      Czas publikacji:
      sobota, 11 grudnia 2010 11:55
  • piątek, 03 grudnia 2010
    • Na parytet - prezes Kaczyńska

      Właśnie wchodzi w życie ustawa w sprawie parytetów. Jest niekorzystna dla Prawa i Sprawiedliwości. A jednak znalazł się na nią sposób!

      Polska Angela Merkel? Nie, to prezes Jarosław Kaczyński po zmianie płci.

      Po wyrzuceniu koleżanek, które prezes porównał do swoich starych butów, pojawił się problem niedoboru kobiet w partii PiS. Wszystkie baby wyrzucone, w partii samiec na samcu, i co teraz? Skąd wziąć te 35 procent uchwalone przez Platformę? Jak wyjść z trudnej sytuacji? - zastanawiali się członkowie partii podczas ostatniego plenum Komitetu Centralnego PiS.

      Nieoczekiwanie dla zebranych z rozwiązaniem wystąpił sam prezes partii, Jarosław Kaczyński. - Trzeba, aby część kierownictwa zmieniła płeć. Polska potrzebuje takiego impulsu. Jako prezes dam dobry przykład - mówił z mównicy, wprawiając członków w osłupienie swoim nowym wizerunkiem.

      Specjaliści od kreowania wizerunku widzą w nowym wcieleniu Jarosława Kaczyńskiego podobieństwo do kanclerz Niemiec Angeli Merkel. - To bzdura - odpiera zarzut o niemieckie sympatie poseł Jacek Kurski. - Prezes Kaczyńska to jest stuprocentowa polska kobieta, taka jaką znają patriotyczni, katoliccy wyborcy. Taka polska baba, co to umie pierogi ulepić i mężowi wyprać gacie. Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz.

      Pozostaje pytanie, co stanie się w tej sytuacji z prezesem Kaczyńskim. - Odchodzi w niebyt - odpowiada krótko Mariusz Błaszczak z PiS. - Prezes Kaczyńska to nowa, tym razem trwała metamorfoza Jarosława Kaczyńskiego. Można powiedzieć, prototypowa, niezniszczalna wersja prezesa. Bo polska kobieta jak wiadomo jest nie do zdarcia. Poza tym nic się nie zmieni. Nadal katastrofa smoleńska będzie głównym programem partii.

      Przykład prezes Kaczyńskiej już działa zapładniająco na członków PiS. Początkowe osłupienie przeszło w chęć do działań. - No cóż, takie jest życie polityka. Trzeba umieć zmieniać skórę. W tym przypadku odrzucić jakieś takie seksualne stereotypy. Skoro prezes mógł, to i my możemy - mówią anonimowo politycy PiS. Do zmiany płci szykują się kolejni. Wkrótce będziemy mieli w Sejmie posłanki Kurską i Błaszczakową, Kuchcińską, Brudzińską oraz Maksię Kraczkowską. Za nimi pójdą następni - poświęcenie dla partii, Wodza i Ojczyzny jest najważniejszym celem w życiu patrioty.

      W ten sposób partia osiągnie wymagane 35 procent, bez konieczności przyjmowania kobiet. Mogłyby przecież przeszkadzać.

      Foto: Prezes Kaczyńska podczas obrad KC PiS.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      europaprykarz
      Czas publikacji:
      piątek, 03 grudnia 2010 15:03
  • wtorek, 30 listopada 2010
    • WikiLeaks: co mówią przecieki o Polsce?

      "Nic, czego nie moglibyśmy się domyślić" - twierdzą publicyści. W znacznej mierze mają rację.

      Każdy miał choćby na moment okazję poczuć się Ukrzyżowanym

      Główna myśl zawarta w wyciekach jest bowiem taka, że światem rządzą idioci. Nie jest to jakaś mega sensacja, ale jednak pewna niespodzianka, zważywszy że rządzącym na okrągło przyznawane są doktoraty honoris causa, a niektórym nawet i Noble.

      Przy okazji wyszło też, co kryje się za formułkami o przyjaznych stosunkach między narodami. Przyjaciele określają się wzajemnie mianem paranoików, wariatów, niedorajd, próżniaków czy tzw. teflonów, po których spływa każda niegodziwość. Rozgraniczanie na prawicę i lewicę nie ma tu większego sensu, z tajnych depesz wynika że wszyscy są jednakowo głupi.

      Nawet na tym ogólnie nieciekawym tle, Polska zaznacza się w sposób oryginalny, o czym dowiadujemy się z depesz dyplomatów.

      Ze słów naszych amerykańskich przyjaciół wynika, że Polska jest śmiesznym grajdołkiem na końcu świata, gdzie na ulicach głównych miast wyją głodne wilki. Polacy to koczownicy pijący samogon i śpiewający przy ognisku katolickie pieśni w swej dziwacznej mowie przypominającej "rzężenie, szum albo świst kul w sześciostrzałówkach". Jedzą "rosyjskie pierogi" i kwaśne ogórki wyławiane rękami z beczki. Wszystkim dookoła powtarzają że Frédéric ChopinNicolaus Copernicus byli Polakami.

      Rząd RP Amerykanie przyrównują do afrykańskich "kacyków", dla niepoznaki wbitych w garnitury. Polacy są według naszych głównych sojuszników "niezbyt rozgarnięci". Wierzą, że "uczepieni amerykańskiego munduru" zaprowadzają światowy porządek i "wszystkim wierzą na słowo". Bez wahania wysyłają na misje swoich żołnierzy, by pilnowali amerykańskich interesów, i - co ciekawe - niczego nie chcą w zamian. "Polacy chętnie giną za nasze interesy", "nie masz frajera nad Polaka", te powiedzenia utarły się w waszyngtońskich kręgach.

      Zdaniem dyplomatów z USA w Polsce dominuje nieuctwo i zabobon, który utrwalają sekciarze i szamani tacy jak Ted Rydzyk (pisownia oryginalna), diaboliczny mnich, który próbuje dowiercić się do piekła. Ted Rydzyk jest "samcem alfa w stadzie baranów" i wkrótce, przy pomocy swojej junty spróbuje sięgnąć po władzę nad republiką. Próbą sił była obserwowana w Waszyngtonie z rozbawieniem "młócka krucyfiksami" (foto).

      Prezydenta Komorowskiego w ujawnionych dokumentach nazywa się "bułą z BigMaca" i "bambaryłą", a Jarosława Kaczyńskiego "oczadziałym stroszkiem". Opinie na temat byłego prezydenta zostały ocenzurowane przez wolną polską prasę - w naszym kraju o zmarłych można mówić albo dobrze, albo wcale.

      Jak widać niektóre określenia pokrywają się z opiniami Polaków. Poza tym nie zmienia się nic, już w czasach komuny mieliśmy "bratnie narody polski i radziecki", a w domach Polacy nazywali Rosjan "kacapami".

      Rewelacje WikiLeaks nie powinny wpłynąć na świetne relacje Polski ze Stanami Zjednoczonymi. Jesteśmy lojalni, jesteśmy wierni, a do wydania na wojnę zawsze znajdzie się jakiś miliardzik.

      Ziewając czekamy na dalsze rewelacje WikiLeaks.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „WikiLeaks: co mówią przecieki o Polsce?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      europaprykarz
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 listopada 2010 10:46
  • sobota, 27 listopada 2010
    • Europarnik: O Smoleńsku wiemy wszystko

      A to dzięki patriotycznej prasie, która nie ustaje w wysiłkach. Był spisek i zamach. Szczegóły poniżej.

      Nieznane dotąd, sensacyjne zdjęcie przedstawia rosyjskie wojsko przygotowujące się do przeczesywania lasu pod Smoleńskiem tuż przed katastrofą

      Wcześniej kraj obiegły informacje o telefonach do Polski wykonywanych przez ofiary katastrofy już po rozbiciu się samolotu. Zdążyli oni nadać swe dramatyczne S.O.S. zanim... ale po kolei.

      "Rzeczpospolita", której w standardach dziennikarskich nie ustępuje jedynie "Nasz Dziennik", ustaliła, że sfałszowano notatkę w sprawie dobijania rannych po katastrofie. A więc część pasażerów przeżyła i była dobijana na miejscu.

      Ciąg zdarzeń układa się obecnie tak:

      1. Rosjanie uszkodzili urządzenia pokładowe remontowanego samolotu w taki sposób, żeby pokazywały nieprawidłową odległość od ziemi (tylko tego jednego dnia - wszystkie inne lądowania były pomyślne).

      2. Potem dla pewności wpuścili kreta do polskiego rządu, żeby "odpowiednio przygotował" wizytę prezydenta Kaczyńskiego, bohatera w pojedynkę przeciwstawiającego się rosyjskiemu Imperium Zła, dla Kremla wroga nr 1 na świecie.

      3. Potem dla pewności kret przestawił budzik przy łóżku Lecha Kaczyńskiego, przez co prezydent zaspał na samolot i opóźnił wylot.

      4. Potem dla pewności kret podczas lotu dosypywał do herbaty generałom środek pobudzający, przez co musieli zaglądać do kabiny pilotów i cisnąć ich w sprawie lądowania.

      5. Potem dla pewności Ruscy postawili koło lotniska brzozę z betonu, dokładnie na linii lotu koszącego.

      6. Potem dla pewności nadpiłowali skrzydło TU-154.

      7. Potem dla pewności rozpuścili sztuczną mgłę.

      8. Potem dla pewności powykręcali żarówki na lotnisku.

      9. Potem dla pewności upili samogonem kontrolerów w Smoleńsku.

      10. Potem dla pewności wydali polskim pilotom rozkaz: "Widoczność zerowa. Lądujcie".

      Na koniec jednak okazało się że większość pasażerów przeżyła katastrofę. Trzeba było dobić.

      W tej logicznej układance pozostaje jeszcze problem 320 fragmentów ciał 96 osób, które widzieli świadkowie. Możliwe jednak że z wnętrza wraku wydostawały się pojedyncze członki (np. ręce urwane w łokciu) i samotnie próbowały przedzierać się przez las w stronę Polski. Po członkach partii można spodziewać się różnych rzeczy.

      Czekamy na kolejne rewelacje. Nas, Patriotów, niepokoi mniejsza aktywność środowisk prawicowych w sprawie, choć odrzucamy sugestie że ma ona związek z ograniczeniem sprzedaży dopalaczy.

      Foto: Nieznane dotąd, sensacyjne zdjęcie przedstawia rosyjskie wojsko przygotowujące się tuż przed katastrofą do przeczesywania lasu pod Smoleńskiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Europarnik: O Smoleńsku wiemy wszystko”
      Tagi:
      Autor(ka):
      europaprykarz
      Czas publikacji:
      sobota, 27 listopada 2010 15:02